Dlaczego błąd w promocji kosztuje więcej niż w innej reklamie
Cena jest twierdzeniem, które klient może sprawdzić w kilka sekund. Wystarczy porównywarka, archiwum cen albo zrzut ekranu sprzed tygodnia. Dlatego rabat liczony od ceny, której sklep nigdy nie stosował, wychodzi na jaw szybciej niż przesadzony superlatyw w reklamie wizerunkowej.
Do tego dochodzi skala. W okresie wyprzedaży sklep publikuje setki komunikatów w kilku kanałach: baner, karta produktu, newsletter, reklama w wyszukiwarce, wpis w mediach społecznościowych. Każdy ma własnego autora i własną wersję liczby. Wystarczy, że termin akcji zmienił się w jednym miejscu.
Trzy dokumenty, które muszą mówić to samo
Pierwszy to historia cen produktu. Pokazuje, ile towar kosztował w okresie poprzedzającym obniżkę i od jakiej ceny wolno liczyć rabat. Drugi to regulamin akcji, czyli okres, wyłączenia, limity sztuk i sposób łączenia kodów. Trzeci to sama kreacja: baner, nagłówek, opis w feedzie produktowym.
Sprawdzenie polega na zestawieniu ich zdanie po zdaniu. Jeśli baner mówi „do 70 procent taniej”, w regulaminie musi być wskazane, których produktów dotyczy maksimum i ile ich jest. Jeśli newsletter obiecuje „darmową dostawę bez minimum”, a regulamin ustala próg, to zdanie wprowadza w błąd, choć każde z osobna wydaje się niewinne.
Zdania, które najczęściej nie przechodzą sprawdzenia
- „Najniższa cena od 30 dni”: brak zgodności z historią cen albo cena referencyjna wzięta z okresu, w którym towar był po prostu droższy.
- „Tylko dziś” i „ostatnie sztuki”: odliczanie czasu lub stan magazynu, które nie odpowiadają rzeczywistości.
- „Do X procent taniej”: maksimum dotyczy jednego produktu, a baner sugeruje cały asortyment.
- „Darmowa dostawa”: warunki zależą od kwoty, metody płatności albo kraju, a w komunikacie ich brak.
- „Gwarancja najniższej ceny”: brak opisu, z kim sklep się porównuje i jak zgłosić roszczenie.
- „Oryginalny produkt z oficjalnej dystrybucji”: sklep nie ma dokumentu, który to potwierdza.
Jak przejść przez sprawdzenie krok po kroku
Kto w zespole powinien to robić
Autor komunikatu patrzy na swój tekst i widzi to, co chciał napisać. Dział prawny skupia się na formie i rzadko ma czas porównywać każdą cenę z archiwum. Dział zakupów zna dane, ale nie czyta bannerów. Dlatego sprawdzenie działa najlepiej jako osobny krok, wykonywany przez kogoś, kto nie pisał materiału i dostaje gotową listę zdań do porównania ze źródłami.
W sklepach, które publikują kilkadziesiąt komunikatów tygodniowo, taki krok trzeba powtarzać przed każdą kampanią. Wtedy sensowne jest oddanie go na zewnątrz albo oparcie na planie abonamentowym, w którym limit twierdzeń jest znany z góry.
Co zyskujesz, gdy robisz to przed publikacją
Po pierwsze, unikasz poprawek w trakcie akcji. Zmiana bannera w środku wyprzedaży to nie tylko godziny grafika, ale też kampanie reklamowe, które trzeba zatrzymać i uruchomić od nowa. Po drugie, masz gotową odpowiedź, gdy klient napisze, że cena nie zgadza się z tą z zeszłego tygodnia. Po trzecie, zespół uczy się, które sformułowania są bezpieczne, i stosuje je dalej bez kolejnych rund akceptacji.
Jeśli prowadzisz sklep albo agencję e-commerce i chcesz mieć to jako stały etap przed publikacją, zobacz stronę o fact checkingu dla e-commerce oraz opis weryfikacji twierdzeń reklamowych. Wynik poznasz szybko, wklejając tekst promocji w demo na stronie głównej, a plany z limitami znajdziesz w cenniku.
Gdy komunikaty sklepu są już bezpieczne, a brakuje Ci planu, jak je rozpowszechnić, pomocny bywa gotowy plan marketingowy dla firmy przygotowany na podstawie adresu strony.
Sprawdź swój komunikat
Wklej tekst w demo na stronie głównej i zobacz, które zdania wymagają źródła.
Przejdź do demo